Reklama
  • Środa, 9 września 2015 (15:05)

    Cukrzyca dodała mi sił do spełnienia marzeń

Cukrzyca to przewlekła choroba, z którą trzeba nauczyć się żyć. Ale kiedy się już ją oswoi, można z nią nie tylko normalnie funkcjonować, ale nawet zdobywać Kilimandżaro i Mont Blanc. Tak jak Ilona.

Ilona Kwarta spod Poznania miała 25 lat, gdy zaczęło się z nią dziać coś dziwnego. Wciąż była zmęczona i senna. Nie miała pojęcia dlaczego, bo obowiązki, których się podjęła, nie przerastały możliwości pełnej radości życia kobiety, a już na pewno nie kobiety takiej jak ona.

Reklama

Wysportowanej absolwentki AWF-u, matki dwuletniej córeczki, szczęśliwej żony, aktywnej zawodowo. Lubiła pracę asystentki prezesa, tymczasem męczyło ją nawet siedzenie za biurkiem.

Gdy tylko miała wolną chwilę, szła do pustego pokoju i kładła się na kanapie. Na dodatek miała pragnienie, którego nie mogła ugasić. Stawiała przed sobą półtora litra wody i wypijała haustem, a i tak chciało jej się pić.

– Były akurat upały, więc myślałam, że może to one mnie tak wykańczają. Aż któregoś dnia podczas gotowania obiadu wypiłam wszystko, co miałam w lodówce: mleko, soki, maślankę i piwo. Opróżniłam wszystkie butelki i opadłam z sił. Widziałam, że to nie jest normalne – tak 43-letnia dziś Ilona wspomina początki cukrzycy.

Wybrała się w końcu do lekarza, ten skierował ją na badania poziomu glukozy we krwi. Po nim wszystko stało się jasne: cukier 585 mg/dl. Norma to 100. Ilona trafiła do szpitala jeszcze tego samego dnia.

Diagnoza nie była trudna – cukrzyca. Typu I, czyli wymagająca leczenia insuliną. To był szok. Tym bardziej że przecież uważała się za okaz zdrowia.

Sformułowanie: „nieuleczalna choroba” brzmiało jak wyrok. Potrzeba było sporo czasu, żeby się z tym oswoić.

– Przypomniałam sobie wtedy, jak w podstawówce zazdrościłam koleżankom, że chorują i mogą nie chodzić do szkoły, bo ja nawet się nie przeziębiałam... A teraz ja zachorowałam na przewlekłą chorobę, której nie da się wyleczyć. To był dla mnie koniec świata – uśmiecha się do swoich wspomnień.

Plany zamiast marzeń

Po kilku dniach rozpaczy zdecydowała, że nauczy się „obsługiwać” cukrzycę i choroba w niczym jej nie przeszkodzi. Mieli przecież z mężem tyle planów: chcieli mieć drugie dziecko, dom, uprawiać sporty i zwiedzić kawałek świata. Nie chciała z tego rezygnować.

Nie bez znaczenia było tu wsparcie Przemka, który zaraz po diagnozie przytulił ją i powiedział: „Nie martw się, damy radę”. Okazało się, że rzeczywiście dają. Trzeba było tylko nieco przeorganizować życie.

Zwracać uwagę na to, co i kiedy się je, oraz nie rozstawać z insuliną. Ilona zaczęła przeliczać wartości energetyczne, liczyć węglowodany. Nauczyła się, że na kromkę chleba zjadaną rano, przypa dają dwie jednostki insuliny, a na dwie kromki – cztery jednostki, ale wieczorem przelicznik jest już inny.

Ze słodyczy nie zrezygnowała, ale pozwala sobie na nie sporadycznie. – Co tu dużo gadać, cukrzyca uczy zdrowych nawyków – przekonuje.

Po dwóch latach od diagnozy, zgodnie z planem, na świat przyszedł Bogusz. Ilona była podczas ciąży pod stałą kontrolą diabetologa i urodziła bez żadnych problemów. Dziecko to niejedyny plan, jaki udało jej się zrealizować. Spełniły się także pozostałe marzenia. I to z nawiązką.

Okazało się, że choroba wyzwoliła w niej motywację do osiągania rzeczy, które gdyby była zdrowa, być może na zawsze zostałyby w sferze marzeń. Wcześniej, przed diagnozą, wyobrażała sobie, że kiedyś będzie się wspinać na wysokie góry. Kiedyś, czyli w przyszłości, gdy odchowa już dzieci. Teraz pomyślała: zrobię to już, bo życie się toczy, a gwarancji, że potrwa długo, nie ma.

– Dotarło do mnie, że nasz czas na ziemi jest ograniczony, więc marzenia zamieniłam na plany – mówi.

Jeszcze jako dwudziestoparolatka zamarzyła sobie, że wejdzie na Kilimandżaro o wschodzie słońca. Wpadła na ten pomysł, przeglądając któreś z pism podróżniczych. Po diagnozie pomyślała: teraz albo nigdy.

Podliczyli z mężem koszty i okazało się, że taka wycieczka to 10 tysięcy złotych na głowę! Dla małżeństwa z dwójką dzieci – olbrzymi wydatek. Nie do uniesienia. Chyba że znajdzie się sponsorów... Ich szukaniem zajął się Przemek. Poszedł do apteki i wziął kilka ulotek reklamujących glukometry.

Pomyślał, że ich producenci mogliby być potencjalnymi sponsorami. Pisał do nich, wydzwaniał. Okazało się, że firmy, które zajmują się diabetykami, chętnie zainwestują w promocję aktywnego stylu życia wśród cukrzyków.

Kiedyś panowało przeko nanie, że cukrzyca to wyrok i trzeba z nią żyć spokojnie, dużo odpoczywać, nie forsować się. Teraz jest dokładnie odwrotnie.

Cukrzyk wręcz powinien up rawiać jakieś sporty, pod warunkiem że stale sprawdza cukier i wie, że nie zawsze, nie o każdej porze może przepłynąć kilka ba- senów, przebiec kilka kilometrów czy sforsować górę na rowerze.

Pokonać ograniczenia

Przez 16 lat życia z cukrzycą Ilona nauczyła się utrzymywać swoje ciało w znakomitej kondycji. Dieta i sporty to podstawa. To dzięki dobrej formie weszła na wymarzone Kilimandżaro (najwyższy szczyt Afryki, 5895 m n.p.m.). Zdobyła tę górę w parze z mężem we wrześniu 2005 roku po czterech dniach wędrówki.

Wspinaczka zabrała im tyle czasu, ponieważ ciało musi zaakceptować wysokość, przyzwyczaić się. Największym problemem była oczywiście insulina, którą Ilona musi sobie regularnie aplikować. Jest wrażliwa na niską i wysoką temperaturę, bo może ulec rozpadowi i przestać działać. Najlepiej jej, gdy ma ok. 5 st. C.

Wymyślili z mężem patent – trzymali ją w termosie! Ilona miała też przy sobie glukometr, by regularnie badać poziom glukozy. Musiała dbać o paski do niego, bo są wrażliwe na wilgoć i zmiany temperatury. Szczerze przyznaje, że ta przygoda to nie była pestka, choć trasa nie jest trudna, ale bycie na tej wysokości to olbrzymi wysiłek, wręcz walka z ciałem.

Zdradza, że nie najlepiej znosiła niskie ciśnienie – bolała ją głowa, miała mdłości. Tam, na górze, pomyślała sobie: nigdy więcej! Za jakie grzechy ja to robię? Ale satysfakcja z wejścia na szczyt była tak olbrzymia, że już na dole snuli z mężem kolejne plany i zastanawiali się, który szczyt będzie następny.

W lipcu 2006 roku, znów dzięki znalezionym przez Przemka sponsorom, wspięli się na najwyższy szczyt Alp – Mont Blanc (4810 m n.p.m.). Ich apetyty rosły. Na liście kolejnych wyzwań znalazła się też Ameryka Południowa, gdzie z kolei leży najwyższy szczyt Andów – Aconcagua (6962 m n.p.m.). Zdobycie tej góry (w 2008 roku) zajęło Ilonie i Przemkowi aż dwa tygodnie. Postawili na nim stopy dokładnie 14 lutego, w walentynki.

– Zapamiętamy je na zawsze, bo to niecodzienny sposób na spędzanie święta zakochanych – śmieje się Ilona. I opowiada, że jeszcze tego samego roku postanowili wejść na Elbrus. Pojechali pociągiem z Warszawy, przez Kijów, aż dotarli do Kaukazu. Sześciotysięcznik za pierwszym razem powiedział im jednak: nie.

Po dziewięciu godzinach walki ze śnieżną pogodą i własnym ciałem Ilona zaczęła się bać o życie – swoje i Przemka. – Na 20 minut przed szczytem pomyślałam, że nie warto ryzykować. Nie chodzi przecież w tej całej zabawie o to, żeby ten szczyt zdobyć, ale żeby dalej być razem i żeby wrócić do dzieci – mówi Ilona.

Postanowili spróbować raz jeszcze, gdy pogoda się poprawi. Udało się dwa dni później.

W kajaku i na nartach

Cukrzyca wyznaczyła Kwartom styl życia. Bez niej nie byłoby pewnie tylu odległych wojaży. Bez tych ekstremalnych sytuacji, których doświadczali w podróży, nie poznaliby się tak dobrze.

– To ja ciągnęłam Przemka w góry, ale bez pieniędzy, które zdobył, nie byłoby tych podróży. Okazało się, że jesteśmy bardzo zgraną parą. Mąż jest troskliwy i wspierający. A to ważne w trudach życia. Zwłaszcza że cukrzyca to również zmienne nastroje i humory. To nieodłączny element tej choroby, bo gdy spada cukier, nie myśli się racjonalnie.

– Nie zawsze da się panować wtedy nad emocjami. Warto jej zdaniem, żeby partner osoby z cukrzycą o tym wiedział, zanim się obrazi. Podziwia swojego męża za tolerancję i wytrwałość. – Dzięki Przemkowi nie jestem z tym sama, a cukrzyca to choroba, w którą jest zaangażowana cała rodzina.

Kwartowie utrzymują kontakty z ludźmi cierpiącymi na cukrzycę, przekonują, że może ona zmobilizować do lepszego życia. Walczą ze stereotypem biernego cukrzyka, którego jedyną rozrywką powinno być siedzenie przed telewizorem. Pokazują, że może być inaczej, nie tylko zdobywając szczyty gór. Jeżdżą na narty, spływy kajakowe, wycieczki rowerowe. Ilona nie narzeka na chorobę.

Jak mówi, dała jej kopa do życia. Nie żałuje ani chwili, bo do tej pory zrobiła w życiu bardzo dużo, by być szczęśliwą. Skarży się jedynie na to, że nie może być tak spontaniczna, jak by chciała. Bo ciągle ma apetyt na ciekawe i aktywne życie.

Tekst: Joanna Drosio-Czaplińska

Olivia
Więcej na temat:cukrzyca | mont blanc | Nie | cukrzycy | Blanc | przemek | mi | karta

Zobacz również

  • Miesiąc temu rozpoznano u mnie cukrzycę i muszę brać insulinę. Lekarz nawet nie chciał rozmawiać o tabletkach, a przecież wiele osób leczy się w ten sposób. Czy jestem skazana na zastrzyki?... więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.